Kilka dni temu obchodziliśmy 39. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Co roku, uczniowie w Szkole wspominają osoby, które angażowały się w walkę z ówczesnym systemem, a w szczególności Emila Barchańskiego – ucznia naszego liceum i najmłodszą ofiarę stanu wojennego. Niestety, w tym roku na szkolnym korytarzu nie wybrzmiały „Mury” Jacka Kaczmarskiego. Pandemia zmusiła nas do przeniesienia wszystkich aktywności do Internetu i dlatego, kilka dni temu, w ramach Rejackich Dni Kultury grupa SMR zorganizowała prezentację poświęconą historii Emila. Dzisiaj natomiast publikujemy wspomnienia ze stanu wojennego Stanisławy Drozdowskiej, nauczycielki w Reju i późniejszej dyrektorki naszej Szkoły.
(…) „Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy nie były prowadzone normalne lekcje, nauczyciele mieli specjalne dyżury w szkole, bo trzeba się było opiekować gmachem. Nie pamiętam już dokładnej daty, ale tego dnia usłyszałam od ulicy Królewskiej jakiś skowyt. Nie wiedziałam, co się dzieje. Stoję w oknie, patrzę – to była niezwykle poruszająca dla mnie scena – dwoje starszych ludzi szło w kierunku Ogrodu Saskiego i w tym momencie rzucono na drogę granaty dymne, powstał ostry, nieprzyjemny dym, wywołując przy tym gęstą mgłę. Kobieta wtuliła twarz w ramię mężczyzny, stali zupełnie zdezorientowani. A to byli tacy państwo… zapewne wtedy sześćdziesięciolatkowie. Wybiegłam natychmiast i wciągnęłam ich do szkoły, bo zdawało mi się to wszystko za bardzo okrutne, żeby nie zareagować – oni byli zupełnie bezradni, nieprzygotowani… Ta scena najbardziej utkwiła mi w głowie.
Co (…) mogę powiedzieć o stanie wojennym? Przede wszystkim ta poranna wiadomość: stan wojenny. Tak czy owak, pomyślałam, że muszę się do szkoły dostać, pełniłam wtedy niezbyt popularną funkcję sekretarza, więc doszłam do wniosku, że gdyby coś złego miało się dziać w szkole, to lepiej, żebym była obecna. Po drodze spotkałam Dyrektora Kalińskiego, dotarliśmy na miejsce razem, a co najbardziej mnie zdziwiło, to że spotkaliśmy w szkole Stefana (Stefan Antosiewicz – przyp. red) który już czekał, bo należało wszystko uporządkować (prawdopodobnie zbiory biblioteki szkolnej – przyp. red). Potem wielokrotnie miałam takie uczucie – może dlatego, że jest ze mnie trochę taka stara romantyczka – że w tamtych czasach uderzało bardzo duże zjednoczenie młodzieży i grona pedagogicznego. Według mnie nasze grono było jak najbardziej w porządku… na pewno w większej części. Patrzyłam na to wszystko też trochę z innej strony – w końcu byłam działaczką, na jakieś tam zebrania chodziłam <śmiech>, więc wkrótce się też zorientowałam, że donosów żadnych nie ma. Organizacja partyjna była maleńka, z czasem o coś się spieraliśmy, ale zawsze dominowała sprawa szkoły i dobra uczniów.
Skąd wiedza, że nie było donosów? Często zadawano mi to pytanie. Jednak na wszystkie tego typu dociekliwości: co się dzieje w szkole? jaka jest atmosfera? itp., zawsze odpowiadałam, że owszem, słychać jęki, ale tylko ekonomiczne. Nie wiadomo, dlaczego, ale „jęki ekonomiczne” jako jedyne nikogo wysoko postanowionego wtedy nie denerwowały <śmiech> – jeśli nie było jęków politycznych, to było wszystko w porządku. A ponieważ nigdy nie skonfrontowano mnie z kimś innym, oskarżając, że mówię nieprawdę czy jestem nierzetelna, to mam wrażenie, że wszystko toczyło się spokojnym i braterskim rytmem.
W gronie pedagogicznym była jedna wola: nie dopuścić, żeby coś się stało szkole. A mówiąc słowo „szkoła” zawsze mieliśmy na myśli uczniów. I to było coś, co nas dopingowało i jednoczyło. Były różne chwile… nie podam już dat, bo to po prostu było już dawno… ale pamiętam np. taki incydent, że zaproszono pierwsze klasy na uroczystość podniesienia flagi na Zamku Królewskim – skończono wtedy remont i dostaliśmy oficjalne zaproszenie. Ponieważ były to pierwsze klasy, każdy nauczyciel powtarzał to samo: „trzymajcie się opiekunów, nie wychodźcie z szeregu, nie odłączajcie od grupy” – nigdy nie wiadomo, co się może stać, więc trzeba było zachować ostrożność. Dotarliśmy na miejsce uroczystości: było mnóstwo delegacji z różnych szkół, cała masa młodzieży. Aczkolwiek, w wielkim tłumie „kochany milicjant” wypatrzył opornik jednego z Rejaków… i zaczął tego ucznia szarpać, wyrwał z szeregu. Za co? „Za to, że ma opornik!”. Podbiegłyśmy do niego (ja i druga opiekunka grupy, nazwiska już niestety nie pamiętam…) i pytamy: „Jakim prawem? To już opornika nosić nie wolno?”. „Przecież pani wie, co to znaczy!” – krzyczał milicjant. Odpowiedziałam, że, prawdę mówiąc, trochę wiem, trochę nie wiem, ale ten drucik mi absolutnie nie przeszkadza. A ten uczeń idzie w szeregu szkolnym, pod moją opieką i bardzo proszę zostawić go w spokoju! Milicjant pilnuje porządku, zaś ja pilnuję dzieci. Jeśli ten pan chce, to ja z milicjantem pójdę i za drucik odpowiem! Zażądałam nawet, żeby podał mi numer swojej legitymacji, bo tej sprawy tak zostawić nie można: żeby uczeń prowadzony pod opieką nauczyciela, w dwuszeregu, był szarpany jak przestępca?! W końcu milicjant zostawił nas w spokoju, ale ja nie omieszkałam się poskarżyć, że przekroczył swoje uprawnienia.
Pół szkoły, albo więcej, nosiło oporniki… niektórzy zaczęli manifestować krzyżami… i to było piękne w Reju, nie wiem, jak teraz, ale wtedy to było piękne – że nigdy, nikogo, za nic się nie ganiło. Zdarzyło się, że do szkoły uczęszczała dziewczyna w ciąży, zdarzyło się, że ktoś narozrabiał… przyznam, że jedyny raz, kiedy grono pedagogiczne musiało interweniować, miał miejsce wtedy, kiedy pewni panowie fałszowali recepty lekarskie w celach kupowania nielegalnie. I była wojna na radzie pedagogicznej. Sama byłam za tym, aby kara była porządna – bo skoro w tym wieku fałszuje się dokument, to co będzie dalej?
Mimo wszystko miło jest wspominać, że człowiek pełnił swoją nauczycielską funkcję tak, jak on porządnego nauczyciela się wymaga – czyli, przede wszystkim, uwzględniając dobro ucznia. A muszę przyznać, że moim zdaniem uczniowie wykazali się bardzo dużym rozsądkiem. Rozmawiali między sobą w ukryciu, nigdy nie staraliśmy się temu przysłuchiwać. Ale czasy, jakie nastały, młodzież traktowała bardzo serio. Bywały dni, że wszyscy pojawiali się w szkole ciemno ubrani, a my przyjmowaliśmy to w milczeniu, nie kwestionując niczego, co leży przecież w zakresie ich wolności. A dodatkowo motywowało nas to, że Samorząd Uczniowski zachował się bardzo dojrzale – wiedział, że nastały trudne czasy i umiał ochronić kolegów. Podchodził do wszystkiego z pokorą, potrafił przemówić kolegom do rozsądku – wyjaśnić, że najważniejsze jest to, abyśmy teraz (w stanie wojennym) nie stracili tego, na co tak sumiennie pracowaliśmy.
Natomiast bardzo piękną tradycję rozpoczął Dyrektor Kaliński, mianowicie była to „wolna trybuna”. To znaczy… przed uczniami stawał Dyrektor i można mu było zadawać wszystkie pytania, jakie tylko przyszły do głowy. I faktycznie, uczniowie zadawali te pytania. Zawsze odbywało się to w obecności wszystkich, również nauczycieli. Uczniowie zachowywali zaskakujący umiar… nawet jeśli zadawali pytania politycznie niebezpieczne, to formułowali je tak, że nikogo nie obrażano, nie było ostrych określeń – zdążali do meritum sprawy: skąd takie prawa, po co one?
Dyrektor Kaliński ogólnie miał ogromny talent pedagogiczny. Pamiętam, że któregoś razu pojawił się w szkolnej gazetce artykuł, bardzo ostry, nieprzyjemny i anonimowy. Chyba dotyczył któregoś z nauczycieli. Tego samego dnia Dyrektor pod artykułem napisał odpowiedź: w porządnym towarzystwie, które się wzajemnie szanuje, wypowiedzi się podpisuje; że on sobie nie przypomina, żeby w szkole kogokolwiek piętnowało się za poglądy, toteż wypowiedź powinna być podpisana. Podjął dyskusję z artykułem i zrobiło to na wszystkich bardzo dobre wrażenie – że wypowiadać się można. Tak samo polubownie Dyrektor załatwił sprawę z komisarzem wojskowym, który został przeznaczony do naszej szkoły. Ten pan przyszedł, porozmawiał z Dyrektorem i odrzekł, że on tu będzie czasem się pojawiał… i więcej go nie było, niż był.
Była też historia Roberta Breitera. Pamiętam, jak w napięciu oczekiwaliśmy na decyzję, czy Robert będzie mógł pisać maturę, czy nie. To kolejny piękny gest lojalności i miłości – jego rodzice przyszli do szkoły w tej sprawie, nie bacząc wcale na to, że mogą być podsłuchani albo oskarżeni o łamanie prawa. W końcu zgodziliśmy się, że Robert nie powinien nocować w domu, żeby nie aresztowano go tuż przed maturą. W szkole zorganizowaliśmy wtedy dyżury, aby strzec przedmaturalnego porządku oraz bezpieczeństwa Roberta. Bo w momencie, kiedy rozpoczyna się matura, szkoła jest zamknięta, a dostanie się na salę już graniczy z cudem. Rano szybko sprowadziliśmy Roberta na miejsce, w pośpiechu zamknęliśmy główne wejście do szkoły, potem drzwi do sali, rozdarliśmy koperty, dwójka uczniów potwierdziła, że materiały nie były wcześniej otwierane… i dopiero kiedy usiedli i zaczęli pisać odetchnęliśmy z ulgą. Wiedzieliśmy, że teraz mieliśmy o co walczyć.
Było tajemnicą poliszynela, że w szkole wydawane są gazetki, jak np. Kabel. Zawsze najbardziej mnie cieszyło, kiedy przychodził uczeń, pokazywał mi czystą kartkę i coś mówił niezrozumiale – ale łatwo rozszyfrowałam jego gest: że oto przynosi mi właśnie tego Kabla, a owiniętego w czystą kartę, żeby mnie nie kompromitować <śmiech>. No tak, skoro Kabel, to i sprawa Barchańskiego…
Chcę powiedzieć, że na jego rozprawę poszli wszyscy nauczyciele, którzy w tym momencie nie mieli lekcji. Stanęliśmy na takim stanowisku, że mogą pójść tylko ci, którzy nie mają zajęć, gdyż w innym wypadku groziłoby to oskarżeniem o zaniedbywanie obowiązków… siedzieliśmy na korytarzu, czekaliśmy zniecierpliwieni. W końcu powiedziałam, żebyśmy wreszcie się ruszyli, bo przecież nie będą go tu w kajdankach prowadzić! Nie skończyłam mówić – pojawił się Emil, z łańcuchami na nadgarstkach… byłam wstrząśnięta. Co ten chłopak mógł niby zrobił, jeśli by mu zdjęli kajdanki?! To była niepoważna sprawa! Odczułam to jako takie… jałowe okrucieństwo, niepotrzebne nikomu. Wiedzieliśmy już o tym, jak Emil dusił się podczas przesłuchać, musieliśmy dostarczać mu leki… więc dodatkowo byliśmy całą sytuacją poruszeni.
W szkole Emil wyrażał się przede wszystkim w działaniach artystycznych, brał udział w rozmaitych uroczystościach… I na tle tego wszystkiego potworne zaskoczenie sprawą jego przedwczesnego zaginięcia… fakt, że tego roku Wisła wyglądała jak wielka kałuża. Ale czy to możliwe, żeby on przeszedł na drugi brzeg? To było możliwe, ale nie w wykonaniu Emila. I historia odniesienia ubrań… nie… to wszystko było zbyt nieprawdopodobne… nie uwierzyliśmy w to.
Nikt nie wiedział w zasadzie, czym miał być ten „stan wojenny”. Polska władza i takie decyzje? I dlatego przeżyliśmy tak wielki szok. Nie byliśmy gotowi na to, co może się stać. Tyle tylko, że staraliśmy się ze wszystkich sił chronić tego, co było”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *