Otrzęsiny klas pierwszych – jesień 1989

Jak się szybko okazało otrzęsiny w Reju to nie były żarty. Na początek zostaliśmy zamknięci w klatkach, bo tak można nazwać boksy szkolnej szatni, która znajdowała się w podziemiach szkoły czy może raczej suterenie. Była jesień, godziny popołudniowe a więc ciemno na dworze a tu w szatni też dosyć mroczno przy słabym, mdłym oświetleniu.
Strażnicy-drugoklasiści tłukli w kraty i krzyczeli starając się zasiać strach w niewinnych pierwszakach. Atmosfera była jak w dobrym filmie grozy.  Później kandydaci na Rejaków zostali poddani lekkiemu maltretowaniu celem sprawdzenia czy się nadają do przyjęcia do wspólnoty. Z tego co pamiętam to było to m.in. skosztowanie jakiegoś świństwa, którego stworzeniu z pewnością przyświecała zasada jak największej niekompatybilności poszczególnych składników. Próba całkiem potrzebna, żeby sprawdzić czy delikwent ma zdrowy żołądek, no a zwłaszcza wątrobę. Jakże ważny organ u każdego młodego człowieka
lubiącego się socjalizować.
Drugą próbę też wymyślił ktoś z głowa na karku. Polegała ona na pokonaniu ciemnego labiryntu stworzonego z ławek przykrytych jakimiś płachtami. Musiał on zawierać sporo pułapek, bo po pokonaniu go na czworakach spodnie zmieniały kolor na skutek oblepienia bodajże mąką a zapewne nie tylko maką oraz stawały się cięzkie i sztywne. Właśnie! –
„na czworakach”. Czyli znowu mamy test z umiejętności, która przecież może się przydać po bardziej ekstremalnych imprezach do skutecznego powrotu do domu! I jak  tu  się nie zadumać nad przemyślnością kolegów-drugoklasistów wobec tych faktów?
Były zapewne i inne zabawy, bo pamiętam, że włosy miałem mokre i całkiem posklejane, ale w jakich okolicznościach się to stało, niestety, nie pamiętam. Może przy tych opisanych sytuacjach a może przy innych? W każdym razie to jeszcze nie wszystko. Na koniec – w
nagrodę, każdy pozytywnie zweryfikowany miał zaszczyt odebrać z rąk samego Mistrza Reja, tak, tak to nie żarty, stosowny certyfikat.
Odbywało się to w atmosferze wzniosłej intymności. Szczęśliwcy byli pojedyńczo wpuszczani do wydzielonej sali, gdzie przy minimalnym oświetleniu ich oczom ukazywała się góra, że niby zobacz prostaczku jaki jesteś malutki, ile ci brakuje, ale właśnie tutaj będziesz mógł
rozpocząć swoją wspinaczkę. Na szczycie siedział sam szacowny Patron i czekał na świeżo upieczonych Rejaków.
Więcej nie pamiętam, to jednak było dawno…

Autor: Pol Leffort

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *