Miesięczne archiwum: Październik 2013

Matura, matura, STOP!

Teraz to nie te nerwy co za naszego egzaminu w 1993 roku. Teraz po prostu zakuwasz i zdajesz albo nie zakuwasz i… też zazwyczaj zdajesz. A u nas wyglądało to tak, że nic nie wiedzieliśmy bo był STRAJK – i to nie uczniowie strajkowali, protestując przeciw maturalnemu stresowi. Strajkowali nauczyciele, nie wiadomo już o co chodziło (czyli pewnie o pieniądze), ale poczucie niepewności pamiętamy do dziś. Nie wiadomo było co ze sobą zrobić, czy nauczyciele przystąpią do egzaminu – w takim wypadku należało by klasycznie zakuwać, czy przystąpią do strajku – wtedy zakuwanie, strojenie się i w ogóle nerwy, na darmo. Telefony się urywały -co robić? -co robić? Ostatecznie wieczorem zadzwoniła do nas wychowawczyni pani Ponder. Matura przesunięta. O kilka dni. Emocje dla większości opadły ale nie do końca, były to dziwne dni, coś jak odroczenie wyroku. Część desperatów poszła zdawać w terminie do Kuratorium, gdzie odbyła się rzeź niewiniątek. Większość potulnie czekała. No i doczekaliśmy się. Huśtawkę nastrojów pamiętamy do dziś, a co ze strajku wynieśli nauczyciele? Któż to wie.

Olek matura’93

Dlaczego Rej

To były czasy bez rankingów i kalkulacji, a właściwie to kalkulacje były tylko nieco inne. Liceum szukaliśmy z kolegą Pangosem. Wyrwani z podwarszawskiej podstawówki, w centrum czuliśmy się jak obcokrajowcy, poszliśmy do Kochanowskiego do Dobisza, wszędzie nie to. A kryteria wyboru szkoły były twarde – liczyło się pierwsze wrażenie. W końcu dotarliśmy do Reja. Było już bo lekcjach najpierw nadzialiśmy się na kolesia z dredami (to już nam prowincjuszom się spodobało), a potem, (i tu klamka zapadła) spotkaliśmy dziewczynę w modnym wówczas suknio-kombinezonie opinającym całą figurę (chyba nawet z golfem) . TU chcemy dojrzewać, TU chcemy wejść w dorosłość. Ostatnie wątpliwości, (że z Ursynowa daleko, że trzeba będzie marnować godziny a autobusie), rozwiał park saski, dopełnienie Reja, TU będziemy chodzić na długiej przerwie, z dziewczynami z Reja.

Olek matura’93

 

Góra z górą – nie. A rejak z rejakiem – i owszem.

Tak się złożyło, że nie tak dawno tuż przed wakacjami organizowałem dzielnicowy bieg. I kogo widzę wśród tłumu? Marcina, Marcina z klasy, z liceum, z Reja!. A Marcin nie jest z mojej dzielnicy, więc zaskoczenie pełne. Nie widzieliśmy się od lat. Witamy się, bratamy, rozmawiamy. – Skąd się tu wziąłeś. – A tak, jakoś, wygrzebałem w necie, pomyślałem że przyjadę. Rejacy się przyciągają – innego wytłumaczenia nie ma!
Olek matura,93

Siłka

Trzeba być twardym nie miętkim, ta złota myśl przyświecała zawsze męskiej części naszej klasy, przy wyborze siłowni jako miejsca zajęć WF. Przynajmniej oficjalnie. Faktycznie zaś był to sposób ba miłe i niestresujące spędzenie czasu. Na siłowni rządził Byku – wiadomo, a wtórował mu Pol. Jeden robił rzeźbę, drugi masę. Oni to zajmowali eksponowane miejsca, pozostając na widoku kontrolującego nasze wysiłki, wuefmana. Pocili się, dla dobra ogółu. Reszta tym czasem mogła w spokoju oddać się konwersacji, samokształceniu, oraz rozszyfrowywaniu zapisków w cudzym zeszycie . Przychodził jednak czas wystawiania ocen z rzeczonego WF. Robiło się to tak. Potrzeba było dwóch asystentów, gońca i aspiranta do piąteczki. Asystenci podnosili wspólnymi siłami niebotyczny ciężar, aspirant podkładał się pod urządzenie, blokował na sztywnych członkach niebotyczny ciężar, wtedy goniec przywoływał wuefmana, a ten zachwycony postępami aspiranta, stawiał upragnioną piąteczkę. Proste. Do czasu jednak, cp było powodem wpadki? Czy źle dobrany zespół, czy przerost ambicji aspiranta (on to dyktował wrzucaną wagę). Nie ważne, skończyło się. Pogrzewacz, ówczesny pan od WF, nie zdążył na czas, i cały z mozołem utrzymywany ciężar wymknął się spod kontroli z głuchym łoskotem zwalił się w dół. Pan Pogrzewacz wpadł w szał, uświadamiając nam że pod cienką warstwą podłogi, znajduje się kanalizacja i czy my chcemy żeby wszystko to tu wytrysnęło i zalało szkołę i że jesteśmy tak denni, że nawet nie umiemy słowa po niemiecku (!). Zszokowani atakiem siedzieliśmy cicho. Odbyło się jednak śledztwo, ktoś sypnął i sposób na piąteczkę z wuefu przeszedł do historii.

Olek matura’93

Konstelacje

Dyrektor Węgiełek, jednocześnie nasz nauczyciel geografii. Ulubionym materiałem Węgiełka było tłumaczenie nam ruchu planet. Wtedy rozwijał skrzydła inwencji. Z braku pomocy naukowych, była to praca na żywym materiale. Dyrektor zawsze był Słońcem. W pierwszej kolejności wybierany był kandydat na Ziemię. Dyrektor stawał pośrodku, starał się wyglądać słoneczne. Następnie wprawiał pomoc naukową w ruch obrotowy. Chwilę wirowali. Dyrektor bacznie obserwował poprawność trajektorii. Dalszy rozwój sytuacji zależał od Ziemi, jeżeli się sprawdzała w roli satelity, Węgiełka ponosiła fantazja i próbował dołączyć kolejne ciała niebieskie. Księżyc zawsze jednak zawodził. Dyrektor-Słońce próbował wszystko wprawić w zgodny z obowiązującą wiedzą ruch. Wszystko to działo się w dostojnej, można powiedzieć, kosmicznej ciszy. To utrudniało komunikację, no ale tak już jest w kosmosie. Zguba była nieunikniona, księżyc dostawał zawrotu głowy, wpadał na tablicę, to był koniec. Dyrektor odsyłał pomoce naukowe na miejsca. Chwilę siedzieliśmy pochłonięci niespełnionym marzeniem – wszyscy jesteśmy planetami, cała klasa wiruje, a Słońce… Słońce jest jedno.

Olek matura’93

Otrzęsiny klas pierwszych – jesień 1989

Jak się szybko okazało otrzęsiny w Reju to nie były żarty. Na początek zostaliśmy zamknięci w klatkach, bo tak można nazwać boksy szkolnej szatni, która znajdowała się w podziemiach szkoły czy może raczej suterenie. Była jesień, godziny popołudniowe a więc ciemno na dworze a tu w szatni też dosyć mroczno przy słabym, mdłym oświetleniu.
Strażnicy-drugoklasiści tłukli w kraty i krzyczeli starając się zasiać strach w niewinnych pierwszakach. Atmosfera była jak w dobrym filmie grozy.  Później kandydaci na Rejaków zostali poddani lekkiemu maltretowaniu celem sprawdzenia czy się nadają do przyjęcia do wspólnoty. Z tego co pamiętam to było to m.in. skosztowanie jakiegoś świństwa, którego stworzeniu z pewnością przyświecała zasada jak największej niekompatybilności poszczególnych składników. Próba całkiem potrzebna, żeby sprawdzić czy delikwent ma zdrowy żołądek, no a zwłaszcza wątrobę. Jakże ważny organ u każdego młodego człowieka
lubiącego się socjalizować.
Drugą próbę też wymyślił ktoś z głowa na karku. Polegała ona na pokonaniu ciemnego labiryntu stworzonego z ławek przykrytych jakimiś płachtami. Musiał on zawierać sporo pułapek, bo po pokonaniu go na czworakach spodnie zmieniały kolor na skutek oblepienia bodajże mąką a zapewne nie tylko maką oraz stawały się cięzkie i sztywne. Właśnie! –
„na czworakach”. Czyli znowu mamy test z umiejętności, która przecież może się przydać po bardziej ekstremalnych imprezach do skutecznego powrotu do domu! I jak  tu  się nie zadumać nad przemyślnością kolegów-drugoklasistów wobec tych faktów?
Były zapewne i inne zabawy, bo pamiętam, że włosy miałem mokre i całkiem posklejane, ale w jakich okolicznościach się to stało, niestety, nie pamiętam. Może przy tych opisanych sytuacjach a może przy innych? W każdym razie to jeszcze nie wszystko. Na koniec – w
nagrodę, każdy pozytywnie zweryfikowany miał zaszczyt odebrać z rąk samego Mistrza Reja, tak, tak to nie żarty, stosowny certyfikat.
Odbywało się to w atmosferze wzniosłej intymności. Szczęśliwcy byli pojedyńczo wpuszczani do wydzielonej sali, gdzie przy minimalnym oświetleniu ich oczom ukazywała się góra, że niby zobacz prostaczku jaki jesteś malutki, ile ci brakuje, ale właśnie tutaj będziesz mógł
rozpocząć swoją wspinaczkę. Na szczycie siedział sam szacowny Patron i czekał na świeżo upieczonych Rejaków.
Więcej nie pamiętam, to jednak było dawno…

Autor: Pol Leffort